Mongolia Wewnętrzna

Męczę i męczę licencjat o tych Mongołach, więc przed powrotem do domu wypadało żebym ich odwiedził. Mongolia Wewnętrzna jest autonomicznym regionem Chin, w którym mieszka więcej Mongołów niż w niepodległej Mongolii. Mimo to są oni zdominowani przez Chińczyków 4:1. Więc nie było sensu jechać do stolicy regionu Hohhot, czy do bliżej położonych i bardziej turystycznych miast, bo nic wartościowego bym nie zobaczył, a jedynie irytował tłumem chińskich turystów. Znalazłem w internecie kontakt do Mongolki imieniem Garma, która mieszka na stepie, około 1000 km na północ od Pekinu, w pobliżu granicy z Mongolią Zewnętrzną. Tydzień temu umówiłem się, że wpadnę na parę dni i tak oto w poniedziałek siódmej wieczorem wsiadłem w Pekinie do łóżko-busa w kierunku do miasta Xilinhot, stolicy związku Xilingol w Mongolii Wewnętrznej. Stamtąd wziąłem autobus do Wschodniej Chorągwi Ujimqin.

Tamże zostałem ciepło powitany przez Garmę, jej kuzynkę i kuzyna. Pierwszą noc miałem zostać w hotelu w mieście, jednak okazało się, że na tym końcu świata obcokrajowców nie przyjmują, więc wieczorem pojechałem z kuzynem Garmy na ich step. W Mongolii nie ma wiosek, pomiędzy paroma miastami rozciąga się ogromny obszar, zamieszkały co parę kilometrów przez pojedyncze rodziny. Widok tej niekończącej się płaszczyzny z jednej strony może wydawać się nudny, ale z drugiej jest w swoisty sposób przytłaczający. Na pewno można poczuć, że jest się z dala od wszelkiej cywilizacji!

Na kolację zostałem przyjęty w dużym domu rodzinnym – przy sporej wielkości stole w kształcie litery „U” zasiadało około piętnastu osób, a stół był zastawiony suchym serem w trzech rodzajach, gotowaną baraniną, salami z ogórkiem kiszonym z Mongolii Zewnętrznej, ciastkami, arbuzem, a do tego mogłem bez końca rozkoszować się słoną herbatą z masłem, którą znałem już z Tybetu. Cały wieczór rodzinie usługiwała jedna pani, kolejnego dnia także (nie wiem czy była jej częścią, z zachowania wychodziłoby na to, że nie). Po kolacji pojechałem z kuzynem Garmy nieco dalej wgłąb ich terenów do małego domku przy jurcie. Tam zastałem jego rodziców z małą, trzyletnią córką (ja to mam szczęście to tych azjatyckich bachorów). Przy domu był generujący prąd wiatrak, jednak coś się zepsuło i nie dało się włączyć świateł, więc ten i kolejny wieczór spędziliśmy w piątkę przy świetle jednej świecy, rozmawiając nieco po chińsku i żując suchą baraninę. Zanim położyliśmy się spać, gdzieś daleko zaczęło błyskać – nadeszła burza. Po chwili na horyzoncie pojawiła się jaskrawa, czerwona poświata – piorun wzniecił gdzieś na wysuszonym stepie pożar.

Drugi dzień to był Nadaam – święto związane z szamanistycznymi, a także buddyjskimi wierzeniami w Mongolii i koncentrujące się na czczeniu ovoo – kopca z kamieni, w celu oddania szacunku matce naturze. Rankiem odwiedziliśmy dwa ovoo. Mongołowie, z tej okazji w większości ubrani w tradycyjne stroje, okrążali ovoo, polewali je mlekiem, obsypywali serem i karteczkami buddyjskimi. Podobno niegdyś zostawiali na kopcu całe barany, ale jako że Chińczycy je wieczorem zabierali to zaniechali tej tradycji. Po ovoo udaliśmy się na dół wzgórza, gdzie odbywał się całodniowy festyn z okazji nadaamu. W sumie festyn jak festyn, przebijanie balonów dartami, busy z filmami w „5D”, dużo jedzenia, tanie zabawki, żeby przyciągnąć uwagę dzieci itp. Najważniejszymi atrakcjami były wyścigi konne (które odbywały się o 6 rano, więc nie miałem okazji zobaczyć) i całodniowe zawody wrestlingu mongolskiego. Całkiem ciekawy sport, przez pierwsze pięć godzin rozpracowywałem ich ruchy, przez kolejne pięć mogłem się delektować widowiskiem i po tych dziesięciu godzinach w letniej gorączce mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nie chcę tego sportu widzieć więcej w życiu (ale było fajnie, serio!).

Trzeci dzień spędziłem z kuzynem Garmy na stepie w „domku letniskowym”, czyli w dwóch jurtach, w okolicy zajmowaliśmy się ich 1008 owcami (skąd wiem że 1008? bo osobiście pomogłem je policzyć!) i 40 końmi. Praca niczego sobie, tylko gdy wieczorem okazało się, że dwie owce są 4km od stada i trzeba było je powoli przyprowadzić do reszty to nie było tak wesoło!

Ogólnie to niesamowite doświadczenie, Mongołowie to przemili ludzie, niezmiernie gościnni, zarówno ci z którymi mieszkałem jak i wszyscy obcy, których spotkałem na nadaamie (za każdym razem gdy wchodziłem do jednej z tych wielu jurt w rzędzie byłem częstowany jedzeniem i piciem – nie ze względu na fakt, że jestem z Zachodu, każdy, nawet Chińczyk może liczyć na taką gościnność).

ALE

Ze względu na fakt że przez cztery dni na stepie nie mogłem się porządnie umyć, ze względu na fakt, że śpiąc w jurcie byłem oblatywany przez owady, ze względu na fakt, że w temperaturze 35 stopni jedyny dostępny napój to było obrzydliwie kwaśne i ciepłe mleko to JA z Mongolii na najbliższy czas jest WY LE CZO NY.

Do zobaczenia w Polsce.

Reklamy

One thought on “Mongolia Wewnętrzna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s